Po trzech nocach, ochroniarz skończył misje. Przekazał mi, że kapitan chce się ze mną widzieć. Była sobota. Stawiliśmy się z Jaskiem na posterunku chwilę po dziewiątej. Jak cywile – nie wiedzą, że w wojsku mają ranne odprawy. Nikogo z szefów nie zastaliśmy. Po jedenastej ponownie przyjechaliśmy, jakąś rozklekotaną taksówka, za pół wyższa cenę niż zazwyczaj. Pozostawiając inną rozmowę z jakimiś szeregowcami wykłócającymi się o jakąś akcję, zastępca kapitana zaprosił nas do biura szefa. Szef pojechał na jakąś akcję informacyjnę na wioski. Drugi kapral dołączył do nas. Mówili o sytuacji, o celu ich przybycia: ochrona społeczeństwa, o ideach wojska republikańskiego, którym są. Stwierdzili, że jest ich za mało i przyjmują ochotników. Wśród nich znajdują się elementy niezdyscyplinowane, korzystające z zawieruchy, by grabić. Są wyrzucani z wojska, karani. Proszą nas o zrozumienie, i o to by to co przeżyliśmy pozostało raczej między nami. Z tym się całkowicie zgadzałem, nieroztropnie byłoby opisywać to gdzieś w necie, w czasie, gdy oni jeszcze tu są i czuwają nad naszym bezpieczeństwem! Zapewniłem, że rozumiem ogrom trudności jakie muszą znosić, że wiem jak bardzo wyjątkowa jest ta sytuacja, że nie ma sprawy – życzę powodzenia ich „misji” tworzenia wolnej, demokratycznej Republiki wszystkich iworyjczyków. Coś jeszcze wspominali, ze mogą na stałe podesłać nam kogoś do ochrony, ale nie zatrzymałem się nad tym, traktując to z góry jako kolejną pustą obietnicę.
środa, 15 czerwca 2011
poniedziałek, 16 maja 2011
wtorek, 10 maja 2011
...... ciąg dalszy
Nasza Toyotka nie mogła tu zostać. Rozkaz był by ja przywieźć na komedę, a potem do siedziby prefekta. Zanim wsiadłem do auta dałem coś mechanikowi, który z bratem Janem odpalał auto w lesie. Zażądał 5 razy więcej niż to co oferowałem, ale to było do przyjęcia, dostał co chciał. W aucie ofiarowałem żołnierzowi od ochrony większa kwotę – ale i ten zażądał dwa razy więcej. Ubiliśmy targu na „połowie podwyżki”. Łobuzom nie dam, ale ty zarobiłeś (no, nie do końca zarobił, bo swojej misji nie wypełnił jak należało).
Autko którym przejechali przez 5 lat tysiące kilometrów w buszu, ostro ucierpiało. Kierownica porozkręcana, przełączniki świateł, migacze – dyndające luzem na kablach. Zdziwiłem się, gdy chciałem zgasić motor – nie było w stacyjce klucza...
Kilka minut później zatrzymałem się przy posterunku żandarmerii, przerobionym na komendę główna żołnierzy od ochrony miasta. Kapitan juz stał na drodze. Nie mogłem wyjść, bo hamulec ręczny nie trzymał auta na pochyłej drodze. Rozmawialiśmy przez okno auta. Najpierw zdał relację żołnierz-ochroniarz. Od razu zostali wezwani ci, którzy przechwycili auto z bratem Janem, na kilometr może przed miastem. Kapitan wiedział juz o ich wizycie na misji. Wykrzykiwał na szefa grupy, który z podniesionymi rekami – gest chyba przysięgi na najwyższego – że on w tym nie maczał palców, że przecież kapitan go zna, i on by się czegoś takiego nie dopuścił. Kapitan wiedział o akcji na misji zanim wysłuchał mojej wersji. Domyśliłem się że to sprawa telefonów prefekta. Kapitan kazał mi wskazać tego, który skierował na mnie bron. Odmówiłem, mówiąc że oni są odważnymi mężczyznami, wiedzą kto to był, wiec mu powiedzą. Rozmowę przerwał telefon do kapitana. Znów dzwonił prefekt. Zrozumiałem, że musiał pytać o mnie, bo zdenerwowany kapitan informował go że właśnie jestem cały i zdrowy, w tym moim aucie, i że rozmawiamy. Pod naciskiem kapitana i innych, wskazałem na dwóch podobnie ubranych, i prosiłem, by nie pytali więcej, bo nie wiem który z nich żądał pieniędzy.
Przed odjazdem kapitan dał nam do ochrony na trzy noce tego samego „strzelca”, którego posłał do eskorty auta.
Było juz po dwudziestej gdy dojechałem do siedziby prefekta. Zaparkowałem obok dwóch innych pick-up’ów schowanych tutaj przed łapczywością żołnierzy. Jak się okazało jedno z aut, już bez opon i nie wiadomo jakiego koloru, to auto samego prefekta, uprowadzone w pierwszym dniu i odzyskane po tygodniu – rozpoznał je tylko szofer... Ze zgaszeniem auta nie miałem problemu. Wszyscy młodzi kierowcy potrafią to zrobić – zdusiłem auto na jedynce. Pozostał problem świateł... Po dłuższym kombinowaniu udało mi się porozłączać odpowiednie kabelki. Zabrałem z auta motykę – po co ma tu leżeć, gdy może się przydać w ogrodzie. To moja zdobycz wojenna. Musiała należeć do tych, którzy odkryli auto i donieśli o nim żołnierzom. Używali jej do zdrapania napisów z drzwi.
Prefekt wspólnie z jakimś swoim ziomkiem siedzieli na tarasie, oglądali mecz pucharowy Manchesteru z kimś tam. Butelka niezłego francuskiego wina na stole. Dość rześki wieczór. Atmosfera na luzie, jakby przed chwila nie uczestniczył w całej tej nerwówce... Śmiali się z motyki w rekach białego proboszcza. Zamienił auto na motykę...! Cos tam o polskich misjonarzach wspomnieli, ze żyją z ludźmi, ze żyją tym co przepowiadają. To chyba w kontekście trochę innego stylu naszych poprzedników, misjonarzy – Francuzów. Wypiłem z litr wody. Nalałem sobie kapkę wina. Gdy zareagowali zdziwionym, udawanym zgorszeniem, wytłumaczyłem że to tylko tak, by skosztować czy lepsze od mszalnego? W końcu luźna atmosfera udzieliła się i mnie. Chciałem wracać do domu, piechotą w towarzystwie mojego wojaka... Odradzili, ze jednak niebezpiecznie, i że ten ziomek prefekta mnie odwiezie.
Pogaduchy trwały z dobra polowe meczu. W trakcie zadzwonił Jan. Bynajmniej, nie troszczył się o mnie, ale o rower – przyjechał do prefekta na swojej starej „ala-ukrainie” i postawił gdzieś pod drzewem. Chciał bym go „zabezpieczył”.
W drodze powrotnej znów zatrzymaliśmy się na posterunku wojska. Tym razem by zabrać reklamówkę z rzeczami naszego „ochraniarza”. Spotkanie przez szyby samochodów z kolega mojego kierowcy, jak się okazało też moim parafianinem, policjantem z plemienia baboule, który jako jedyny czekał otwarcie na przyjazd wojska i przyłączył się do nich od pierwszych chwil. Swoim - chyba swoim - mercedesem lata osiemdziesiąte, patrolował nocą miasto. Pozdrowił mnie, pochwalił się że jest w niedziele na mszach, ale z tyłu kaplicy, i słucha kazań i że nawet zapamiętuje co nieco. Pytania, które mi zadał chyba wołałbym nie słyszeć: „Jak to jest z tym „Nie zabijaj” bo my tutaj w tych dniach zrobiliśmy niejedno „puk – puk”. „ Odpowiedz znasz..., o resztę zapytasz kiedyś osobiście „Szefa”. Jechaliśmy już praktycznie jeden obok drugiego, dość wąska dziurawa droga miasteczka. Zresztą nie wiem czy pytał, by usłyszeć odpowiedź, czy też, by się podzielić tym czym żyje. Wyprzedził nas z fantazja i sypnął kurzem spod kol. Kilometr dalej zadzwonił do kierowcy, ale rozmawiać chciał ze mną. „Donosił”, że ten co mnie wiezie też jest katolikiem, ale że ma pod łóżkiem swojego bożka pogańskiego i do kościoła nie chodzi. Mam go nawrócić! No tak. Uspokoiłem go, ze gościu już się „wyspowiadał” w czasie rozmowy u prefekta, i że przekonuje nas do pogaństwa. Ponoć lepiej chroni, gdy ten garnek co trzyma pod łóżkiem, w którym mieszka moc jego boga, tak sobie rano i wieczorem weźmie w ręce i potrzyma, pogada do niego. Po chwili byliśmy na misji. Tu kończył się ten wieczór, jak nierealny film, w którym przyszło mi grac...
Chłopaki oczywiście czekali szukając jakiś wiadomości na kilku jeszcze działających kanałach. Coś przegryzłem. Nakarmiliśmy i zainstalowaliśmy „żołnierza”. Była prawie dwudziesta druga. Dość długo jeszcze siedzieliśmy z Jaskiem. Dopowiedział mi historię z lasu. Żołnierzyki złodziejaszki, domagali się najpierw okupu 1.000.000 (ok. 1400 Eu) by Jan mógł odwieźć auto do kapitana – czyli ich zwierzchnika. No w końcu biały ich wystrychnął na dudka dwa razy: ukrył auto, a gdy je znaleźli, to był szybszy. Gdy Jan ze spokojem zabrał tablice rejestracyjne i ruszył piechotą w stronę miasta, oznajmiając, że maja sobie auto zabrać, bo on tylu pieniędzy nie ma, po chwili dyskusji miedzy sobą dogonili go. „ Ty, biały, to ile możesz dać? Musieli się zdziwić, gdy rzucił im, że może znajdzie jakieś 50.000 (ok. 80 Eu). No ale przystali i na ten lup...
Na misji schroniła się rozdygotana ze strachu właścicielka pola – lasu, która pomagała nam chować auto. O tym ani ona ani nikt z nas nie pomyślał, co będzie gdy jednak auto na jej terenie odkryją? Kilka dni później przeszukiwali teren szukając broni...
Autko którym przejechali przez 5 lat tysiące kilometrów w buszu, ostro ucierpiało. Kierownica porozkręcana, przełączniki świateł, migacze – dyndające luzem na kablach. Zdziwiłem się, gdy chciałem zgasić motor – nie było w stacyjce klucza...
Kilka minut później zatrzymałem się przy posterunku żandarmerii, przerobionym na komendę główna żołnierzy od ochrony miasta. Kapitan juz stał na drodze. Nie mogłem wyjść, bo hamulec ręczny nie trzymał auta na pochyłej drodze. Rozmawialiśmy przez okno auta. Najpierw zdał relację żołnierz-ochroniarz. Od razu zostali wezwani ci, którzy przechwycili auto z bratem Janem, na kilometr może przed miastem. Kapitan wiedział juz o ich wizycie na misji. Wykrzykiwał na szefa grupy, który z podniesionymi rekami – gest chyba przysięgi na najwyższego – że on w tym nie maczał palców, że przecież kapitan go zna, i on by się czegoś takiego nie dopuścił. Kapitan wiedział o akcji na misji zanim wysłuchał mojej wersji. Domyśliłem się że to sprawa telefonów prefekta. Kapitan kazał mi wskazać tego, który skierował na mnie bron. Odmówiłem, mówiąc że oni są odważnymi mężczyznami, wiedzą kto to był, wiec mu powiedzą. Rozmowę przerwał telefon do kapitana. Znów dzwonił prefekt. Zrozumiałem, że musiał pytać o mnie, bo zdenerwowany kapitan informował go że właśnie jestem cały i zdrowy, w tym moim aucie, i że rozmawiamy. Pod naciskiem kapitana i innych, wskazałem na dwóch podobnie ubranych, i prosiłem, by nie pytali więcej, bo nie wiem który z nich żądał pieniędzy.
Przed odjazdem kapitan dał nam do ochrony na trzy noce tego samego „strzelca”, którego posłał do eskorty auta.
Było juz po dwudziestej gdy dojechałem do siedziby prefekta. Zaparkowałem obok dwóch innych pick-up’ów schowanych tutaj przed łapczywością żołnierzy. Jak się okazało jedno z aut, już bez opon i nie wiadomo jakiego koloru, to auto samego prefekta, uprowadzone w pierwszym dniu i odzyskane po tygodniu – rozpoznał je tylko szofer... Ze zgaszeniem auta nie miałem problemu. Wszyscy młodzi kierowcy potrafią to zrobić – zdusiłem auto na jedynce. Pozostał problem świateł... Po dłuższym kombinowaniu udało mi się porozłączać odpowiednie kabelki. Zabrałem z auta motykę – po co ma tu leżeć, gdy może się przydać w ogrodzie. To moja zdobycz wojenna. Musiała należeć do tych, którzy odkryli auto i donieśli o nim żołnierzom. Używali jej do zdrapania napisów z drzwi.
Prefekt wspólnie z jakimś swoim ziomkiem siedzieli na tarasie, oglądali mecz pucharowy Manchesteru z kimś tam. Butelka niezłego francuskiego wina na stole. Dość rześki wieczór. Atmosfera na luzie, jakby przed chwila nie uczestniczył w całej tej nerwówce... Śmiali się z motyki w rekach białego proboszcza. Zamienił auto na motykę...! Cos tam o polskich misjonarzach wspomnieli, ze żyją z ludźmi, ze żyją tym co przepowiadają. To chyba w kontekście trochę innego stylu naszych poprzedników, misjonarzy – Francuzów. Wypiłem z litr wody. Nalałem sobie kapkę wina. Gdy zareagowali zdziwionym, udawanym zgorszeniem, wytłumaczyłem że to tylko tak, by skosztować czy lepsze od mszalnego? W końcu luźna atmosfera udzieliła się i mnie. Chciałem wracać do domu, piechotą w towarzystwie mojego wojaka... Odradzili, ze jednak niebezpiecznie, i że ten ziomek prefekta mnie odwiezie.
Pogaduchy trwały z dobra polowe meczu. W trakcie zadzwonił Jan. Bynajmniej, nie troszczył się o mnie, ale o rower – przyjechał do prefekta na swojej starej „ala-ukrainie” i postawił gdzieś pod drzewem. Chciał bym go „zabezpieczył”.
W drodze powrotnej znów zatrzymaliśmy się na posterunku wojska. Tym razem by zabrać reklamówkę z rzeczami naszego „ochraniarza”. Spotkanie przez szyby samochodów z kolega mojego kierowcy, jak się okazało też moim parafianinem, policjantem z plemienia baboule, który jako jedyny czekał otwarcie na przyjazd wojska i przyłączył się do nich od pierwszych chwil. Swoim - chyba swoim - mercedesem lata osiemdziesiąte, patrolował nocą miasto. Pozdrowił mnie, pochwalił się że jest w niedziele na mszach, ale z tyłu kaplicy, i słucha kazań i że nawet zapamiętuje co nieco. Pytania, które mi zadał chyba wołałbym nie słyszeć: „Jak to jest z tym „Nie zabijaj” bo my tutaj w tych dniach zrobiliśmy niejedno „puk – puk”. „ Odpowiedz znasz..., o resztę zapytasz kiedyś osobiście „Szefa”. Jechaliśmy już praktycznie jeden obok drugiego, dość wąska dziurawa droga miasteczka. Zresztą nie wiem czy pytał, by usłyszeć odpowiedź, czy też, by się podzielić tym czym żyje. Wyprzedził nas z fantazja i sypnął kurzem spod kol. Kilometr dalej zadzwonił do kierowcy, ale rozmawiać chciał ze mną. „Donosił”, że ten co mnie wiezie też jest katolikiem, ale że ma pod łóżkiem swojego bożka pogańskiego i do kościoła nie chodzi. Mam go nawrócić! No tak. Uspokoiłem go, ze gościu już się „wyspowiadał” w czasie rozmowy u prefekta, i że przekonuje nas do pogaństwa. Ponoć lepiej chroni, gdy ten garnek co trzyma pod łóżkiem, w którym mieszka moc jego boga, tak sobie rano i wieczorem weźmie w ręce i potrzyma, pogada do niego. Po chwili byliśmy na misji. Tu kończył się ten wieczór, jak nierealny film, w którym przyszło mi grac...
Chłopaki oczywiście czekali szukając jakiś wiadomości na kilku jeszcze działających kanałach. Coś przegryzłem. Nakarmiliśmy i zainstalowaliśmy „żołnierza”. Była prawie dwudziesta druga. Dość długo jeszcze siedzieliśmy z Jaskiem. Dopowiedział mi historię z lasu. Żołnierzyki złodziejaszki, domagali się najpierw okupu 1.000.000 (ok. 1400 Eu) by Jan mógł odwieźć auto do kapitana – czyli ich zwierzchnika. No w końcu biały ich wystrychnął na dudka dwa razy: ukrył auto, a gdy je znaleźli, to był szybszy. Gdy Jan ze spokojem zabrał tablice rejestracyjne i ruszył piechotą w stronę miasta, oznajmiając, że maja sobie auto zabrać, bo on tylu pieniędzy nie ma, po chwili dyskusji miedzy sobą dogonili go. „ Ty, biały, to ile możesz dać? Musieli się zdziwić, gdy rzucił im, że może znajdzie jakieś 50.000 (ok. 80 Eu). No ale przystali i na ten lup...
Na misji schroniła się rozdygotana ze strachu właścicielka pola – lasu, która pomagała nam chować auto. O tym ani ona ani nikt z nas nie pomyślał, co będzie gdy jednak auto na jej terenie odkryją? Kilka dni później przeszukiwali teren szukając broni...
wtorek, 26 kwietnia 2011
Historii wojennej cześć dalsza – druga i mamy nadzieję ostatnia
Opisuje z pewnym opóźnieniem, chciałem ochłonąć to raz, i nie chciałem was niepokoić od razu po pierwszym liście...
Oprócz samochodu osobowego mamy również Toyotę pick-up 4x4 – dar Miwa Austria. To ten którym odwiedzaliśmy nasze liczne wioski. W dniu „najazdu” na miasto, rano, około ósmej godziny otrzymaliśmy informację, że właśnie takie auta przyciągają żołnierzy republiki, i że misja w Daloa została ograbiona z aut. Brat Jan schował auto w lesie. Od tego momentu drżeliśmy niemal codziennie, czy go ktoś nie odkryje. Ponoć schowek tak odległy, że nie ma mowy by ktoś tam zaglądnął – tak twierdziła właścicielka lasu (kilka hektarów obsadzonych specjalnymi, szybko rosnącymi drzewami). Co dwa dni nasz ogrodnik jeździł doglądać auta.
Właściwie juz przestałem się o nie martwic, gdy w środę, dokładnie tydzień po pierwszej wizycie sołdatów, brat Jan przyniósł mi wiadomość: „auto już jest odkryte, wydrapane wszystkie napisy Misja Katolicka. Próba odpalenia auta „na druty” nie powiodła się, wiec jeszcze jest w lesie.
Szybka decyzja – „Jedź do Prefekta” tylko on może coś konkretnie poradzić i zadziałać. Po dwóch godzinach, około osiemnastej, brat Jan przyjechał w samochodzie Prefekta, z mechanikiem i żołnierzem przydzielonym przez kapitana od ochrony do eskorty naszego auta z lasu do miasta. Jan w pośpiechu zabrał klucze do Toyoty, moją latarkę – za niecała godzinę zapadać będzie noc - i pojechali. Ja zaś jak zawsze odprawiałem wieczorną środowa mszę, wypatrując co chwila czy Jan juz nie wraca. Po dziewiętnastej jest juz ciemno, zmierzch trwa tutaj niecałe pół godziny. Około dziewiętnastej trzydzieści Jan przyjechał nasza Toyotą, ale nie sam. Towarzyszyło mu już sześciu innych „żołnierzy”.
Nie było czasu na rozmowę. Rzucił tylko w progu: „Daj szybko 50.000 (odpowiednik 80 Eu), jestem zmęczony i mam dość”. Za nim, uzbrojony w kałasznikowa, stal „żołnierz”, tylko, że nie ten który był przydzielony do obstawy. Szykując pieniądze, zadzwoniłem do prefekta. Wszystko toczyło się wartko jak w filmie akcji. Wyszedłem do „gościa” wrzeszczącego już że mam się pośpieszyć. Trzymając pieniądze w ręce stałem przed żołnierzem, rozmawiałem przez telefon z szefem miasta, który czekał na informacje o aucie. Żołnierz coś na mnie wrzeszczał. Prefekt pytał czy to na mnie tak ten ktoś wyzywa, ja mu na to że nie tylko wyzywa, ale właśnie repetuje bron kierując ja w moim kierunku... Sam właściwie patrzyłem i mówiłem, nie wierząc że to się naprawdę dzieje. Widząc że nie zrobił na mnie większego efektu swoim gestem, zaklął i kazał mi przynieść forsę do auta. Poszedł a ja wróciłem do siebie. Prefekt się rozłączył. Domyśliłem się, że będzie dzwonił do ich szefa. Po dłuższej chwili wyszedłem i chowając się w mroku kaplicy chciałem zobaczyć, czy sobie pojechali, czy nie. Myślałem że mnie nie zauważa. Zauważyli. Tym razem jakiś inny wrzasnął bym w końcu przyniósł te pieniądze. Wróciłem po przygotowana kupkę, jak najdrobniejszych banknotów. Gdy podchodziłem do „gości” znów zadzwonił telefon. Ponownie prefekt, i to w momencie, gdy żołnierzyk wykrzykiwał, że prefekta ma w ...., a ich kapitan nie ma z tym nic wspólnego, i że dlaczego komplikuję i mieszam w „umowie” jaka mieli z bratem!? Niewiele się zastanawiając wcisnąłem mu słuchawkę do reki, przyłożyłem do ucha, prosząc by sam powiedział prefektowi co o nim myśli. Gdy po chwili warczenia do słuchawki, zorientował się że rozmawia rzeczywiście z prefektem, zmienił ton. Już nie chodziło o „jakiś okup, ale o pomoc w zakupie benzyny.... nie słuchałem o czym mówili. Podszedłem z pieniędzmi w garści do pozostałych. Stali przy ciągle zapalonym aucie, zaparkowanym w bramie misji tak, by nikt nie mógł wejść ani wyjść. Zacząłem rozmawiać. Nie pamiętam co i jak dokładnie mówiłem. Pokazując „drobniaki” wyjaśniałem im, że okradają sami siebie, bo te pieniądze to ich matki przynoszą na tacę w niedzielę, aby ich „człowiek boży” tu mógł żyć i pracować. Że w tamtym tygodniu „ukradli” nam jeden samochód, a dziś atakują misję i księdza z powodu drugiego. To atakowanie misji im się wyraźnie nie spodobało i zaczęli się rzucać, ze „źle mówię”. Przeprosiłem, że to oczywiście nie oni atakują, ale że ja nie wiem, jak nazwać ich wizytę z bronią w ręku, w nocy po pieniądze? Pewnie, kiedy nasz nowy prezydent dowie się o tym, że jego żołnierze „odwiedzają w ten sposób misje katolickie” to na pewno będzie z nich bardzo dumny... Tamten od telefonu właśnie skończył i podchodził do nas, gdy jeden z moich słuchaczy, zamachawszy rękoma w geście odpychającym, dał hasło : „ Zostawmy mu jego auto, z jego pieniędzmi, i jedziemy, a jego niech bóg błogosławi.....” Nie do końca wiem, który z bogów słucha tak złorzecząco i szyderczo brzmiących modlitw jak te, co usłyszałem przed chwila... Was tez niech Bóg strzeże na tej waszej wojnie.... Tego juz chyba nawet nie dosłyszeli, pakowali się do swojego auta.
c.d.n.
Oprócz samochodu osobowego mamy również Toyotę pick-up 4x4 – dar Miwa Austria. To ten którym odwiedzaliśmy nasze liczne wioski. W dniu „najazdu” na miasto, rano, około ósmej godziny otrzymaliśmy informację, że właśnie takie auta przyciągają żołnierzy republiki, i że misja w Daloa została ograbiona z aut. Brat Jan schował auto w lesie. Od tego momentu drżeliśmy niemal codziennie, czy go ktoś nie odkryje. Ponoć schowek tak odległy, że nie ma mowy by ktoś tam zaglądnął – tak twierdziła właścicielka lasu (kilka hektarów obsadzonych specjalnymi, szybko rosnącymi drzewami). Co dwa dni nasz ogrodnik jeździł doglądać auta.
Właściwie juz przestałem się o nie martwic, gdy w środę, dokładnie tydzień po pierwszej wizycie sołdatów, brat Jan przyniósł mi wiadomość: „auto już jest odkryte, wydrapane wszystkie napisy Misja Katolicka. Próba odpalenia auta „na druty” nie powiodła się, wiec jeszcze jest w lesie.
Szybka decyzja – „Jedź do Prefekta” tylko on może coś konkretnie poradzić i zadziałać. Po dwóch godzinach, około osiemnastej, brat Jan przyjechał w samochodzie Prefekta, z mechanikiem i żołnierzem przydzielonym przez kapitana od ochrony do eskorty naszego auta z lasu do miasta. Jan w pośpiechu zabrał klucze do Toyoty, moją latarkę – za niecała godzinę zapadać będzie noc - i pojechali. Ja zaś jak zawsze odprawiałem wieczorną środowa mszę, wypatrując co chwila czy Jan juz nie wraca. Po dziewiętnastej jest juz ciemno, zmierzch trwa tutaj niecałe pół godziny. Około dziewiętnastej trzydzieści Jan przyjechał nasza Toyotą, ale nie sam. Towarzyszyło mu już sześciu innych „żołnierzy”.
Nie było czasu na rozmowę. Rzucił tylko w progu: „Daj szybko 50.000 (odpowiednik 80 Eu), jestem zmęczony i mam dość”. Za nim, uzbrojony w kałasznikowa, stal „żołnierz”, tylko, że nie ten który był przydzielony do obstawy. Szykując pieniądze, zadzwoniłem do prefekta. Wszystko toczyło się wartko jak w filmie akcji. Wyszedłem do „gościa” wrzeszczącego już że mam się pośpieszyć. Trzymając pieniądze w ręce stałem przed żołnierzem, rozmawiałem przez telefon z szefem miasta, który czekał na informacje o aucie. Żołnierz coś na mnie wrzeszczał. Prefekt pytał czy to na mnie tak ten ktoś wyzywa, ja mu na to że nie tylko wyzywa, ale właśnie repetuje bron kierując ja w moim kierunku... Sam właściwie patrzyłem i mówiłem, nie wierząc że to się naprawdę dzieje. Widząc że nie zrobił na mnie większego efektu swoim gestem, zaklął i kazał mi przynieść forsę do auta. Poszedł a ja wróciłem do siebie. Prefekt się rozłączył. Domyśliłem się, że będzie dzwonił do ich szefa. Po dłuższej chwili wyszedłem i chowając się w mroku kaplicy chciałem zobaczyć, czy sobie pojechali, czy nie. Myślałem że mnie nie zauważa. Zauważyli. Tym razem jakiś inny wrzasnął bym w końcu przyniósł te pieniądze. Wróciłem po przygotowana kupkę, jak najdrobniejszych banknotów. Gdy podchodziłem do „gości” znów zadzwonił telefon. Ponownie prefekt, i to w momencie, gdy żołnierzyk wykrzykiwał, że prefekta ma w ...., a ich kapitan nie ma z tym nic wspólnego, i że dlaczego komplikuję i mieszam w „umowie” jaka mieli z bratem!? Niewiele się zastanawiając wcisnąłem mu słuchawkę do reki, przyłożyłem do ucha, prosząc by sam powiedział prefektowi co o nim myśli. Gdy po chwili warczenia do słuchawki, zorientował się że rozmawia rzeczywiście z prefektem, zmienił ton. Już nie chodziło o „jakiś okup, ale o pomoc w zakupie benzyny.... nie słuchałem o czym mówili. Podszedłem z pieniędzmi w garści do pozostałych. Stali przy ciągle zapalonym aucie, zaparkowanym w bramie misji tak, by nikt nie mógł wejść ani wyjść. Zacząłem rozmawiać. Nie pamiętam co i jak dokładnie mówiłem. Pokazując „drobniaki” wyjaśniałem im, że okradają sami siebie, bo te pieniądze to ich matki przynoszą na tacę w niedzielę, aby ich „człowiek boży” tu mógł żyć i pracować. Że w tamtym tygodniu „ukradli” nam jeden samochód, a dziś atakują misję i księdza z powodu drugiego. To atakowanie misji im się wyraźnie nie spodobało i zaczęli się rzucać, ze „źle mówię”. Przeprosiłem, że to oczywiście nie oni atakują, ale że ja nie wiem, jak nazwać ich wizytę z bronią w ręku, w nocy po pieniądze? Pewnie, kiedy nasz nowy prezydent dowie się o tym, że jego żołnierze „odwiedzają w ten sposób misje katolickie” to na pewno będzie z nich bardzo dumny... Tamten od telefonu właśnie skończył i podchodził do nas, gdy jeden z moich słuchaczy, zamachawszy rękoma w geście odpychającym, dał hasło : „ Zostawmy mu jego auto, z jego pieniędzmi, i jedziemy, a jego niech bóg błogosławi.....” Nie do końca wiem, który z bogów słucha tak złorzecząco i szyderczo brzmiących modlitw jak te, co usłyszałem przed chwila... Was tez niech Bóg strzeże na tej waszej wojnie.... Tego juz chyba nawet nie dosłyszeli, pakowali się do swojego auta.
c.d.n.
środa, 20 kwietnia 2011
piątek, 15 kwietnia 2011
wtorek, 12 kwietnia 2011
Gorąca relacja z wydarzeń, z misji O. Zbigniewa Łasia – Soubre - Wybrzeże Kości Słoniowej, kraju pogrążonego w wojnie domowej.
Moi Drodzy,
Od dnia wyborów prezydenckich 28.11.2010 mój misyjny kraj wpadł w spiralę politycznych problemów. Jako jedyny kraj na świecie ma dwóch prezydentów! Mediacje przeróżnych organizacji nie dawały rezultatów. Ciągnęło się to 4 miesiące. Nie będę wchodził w zawikłane międzynarodowe układy, które może są kluczowym elementem tego konfliktu. W końcu szala przechyliła się i siły zbrojne popierające legalnie wybranego prezydenta zaczęły ofensywę....
Od poniedziałku 28 marca wiedzieliśmy, ze lada moment wojska republikańskie – bo tak się teraz kazały nazywać – wejdą do Soubre.
30 marca 2011r. godz. 14.00, przeżyliśmy wizytę „nowych wojsk”.
Kaplica wypełniona ludźmi – około 200 osób, uciekli z domów spodziewając się represji ze strony wchodzących wojsk – najczęściej ludzie z plemienia dyktatora, rodziny policjantów, żandarmerii. Kobiety z dziećmi, młodzież, niewielu mężczyzn. Przybywało ich z godziny na godzine. Mieszkam praktycznie w kaplicy. W pewnej chwili usłyszałem przeraźliwe, paniczne wrzaski. Zrozumiałem ze „weszli”. Wybiegłem do „gości”. Zobaczyłem po drugiej stronie kaplicy wysokiego szczupłego mężczyznę, z chustka flagi amerykańskiej na twarzy i karabinem maszynowym. Przedzierali się wśród spanikowanych matek i dzieci przeszukując kaplice. Jeden wpadł do zakrystii, tam do niego dotarłem. Uprosiłem żeby wyszedł z bronią z domu bożego. Zresztą i tak kierował się ku wyjściu. Jeszcze zanim opuściliśmy kaplice wywrzeszczał mi do ucha potrząsając kałachem: „chcemy wasze auto”...
Trudno powiedzieć ilu ich na misje wtargnęło, może 6 może 8 „ żołnierzy-wyzwolicieli”. Dziko się zachowywali, niektórzy z nich widocznie pod wpływem jakiś trunków, narkotyków, podekscytowani strzałami i jakby „uciechą” z ludzkiego strachu i paniki. Jeden, może dwóch było „normalnych”.
Pozbyliśmy się samochodu. W zasadzie nie było dyskusji. Argument kałasznikowa w ręku wystarczył...., choć próbowałem „uprosić”. Wyjazd za bramę misji zdobycznym misyjnym autem skwitowany został aplauzem dziesiątków dzieciaków i młodzieży z naszej dzielnicy, w większości muzułmańskiej. Wróciwszy do kaplicy włączyłem przenośny głośnik, uspokoiłem ludzi: możecie się nie obawiać. Widzieliście ze nie po was przyszli. Dostali co chcieli i poszli. Wyjdźcie odpocząć na świeże powietrze. Podziałało. Niemal poczułem oddech ulgi. Ktoś widział jak po wyjeździe „zdobywcy” oderwali tablice rejestracyjne.... Do wieczora, takich aut bez tablic jeździło po naszym miasteczku może z dwadzieścia. Nie minęło nawet pół godziny jak na misje wpadło znów kilku uzbrojonych. Ci tez szukali auta. Nasz ogrodnik poinformował z zimna krwią – że ich koledzy juz zabrali co było. Wynieśli się zanim zdarzyłem wyjść spod prysznica.
Pierwsza falanga przeszła przez miasteczko w ciągu może 6 godzin i pojechała dalej Część została w miasteczku, bo słychać było od czasu do czasu pojedyncze „pukniecia”. Po nich napływało normalne wojsko, ci którzy mieli organizować na nowo życie w mieście.
Próbowałem dodzwonić się do biskupa, ale udało mi się złapać jedynie sekretarza. Z biskupem rozmawiałem dopiero wieczorem i to trzykrotnie, informując go na gorąco o tym co się dzieje na misji.
W środę msza jest wieczorem. Po kilku wcześniejszych prośbach i kategorycznym nakazie w końcu udało mi się wyprosić z kaplicy na czas mszy świętej wszystkich nie katolików. Ostatecznie zadziałał argument, ze jeżeli zostaną na naszej ofierze, to spali im ona ich amulety i fetysze, które ich chronią. Ogółem było juz ponad 600 ludzi. Różaniec i msza. Jak co dzień. Udało nam się na chwilę zapomnieć o lęku. Mocno brzmiało „Ojcze nasz” wyśpiewane z uniesionymi połączonymi w bratnim uścisku rekami. Radosny i pełen nadziei był przekazywany „znak pokoju”.
W nocy ok. 22giej, następna grupa nawiedziła misje. Przyszli szukać do sióstr "broni" bo donieśli im muzułmańscy smarkacze, że ponoć w klasztorze schowana jest broń. Od sióstr przeszli do nas. Kościół i salki wokół misji przepełnione były ludźmi. Ja w pokoju, z ukrywającym się lekarzem, który myślał, że żołnierze przyszli właśnie po niego... Pierwszy natknął się na nich brat Jan, który gasił na noc światło. Próbował rozmawiać, że kościół, że misja, ludzie się chronią, że my nie biznesmeni, ale misjonarze... Odpowiedź jednego z nich brzmiała: "A ja cię mam w d... Jestem muzułmaninem i g... mnie obchodzi, że to kościół i misjonarze". Wyprowadzili na zewnątrz mężczyzn i chłopaków, ale zanim zdarzyliśmy się z bratem Jaśkiem ruszyć, kazali im wracać do środka, do pozostałych ludzi. Nie za wiele spałem i tej nocy.
Następnego dnia dowiedziałem się, że można próbować odzyskiwać auta. Udałem sie do Prefekta miasta, szefa miasta, przedstawiciela rządu - jak wojewoda. Udaliśmy się do komendy "nowego wojska" , by rozmówić się z kapitanem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo w Soubre.... Obiecano mi ochronę obu misji katolickich. Obrona nigdy się nie pojawiła.
W sobotę dowiedziałem się ze znów nawiedzono siostry – tym razem na sąsiedniej parafii. Przestraszona siostra z naszej misji zrozumiała, że lada moment ta sama grupa ma przyjechać do nich po auto. Przypadkiem udało mi się złapać jednego z moich animatorów katechezy, który przejeżdżał na motorku. Zawiózł mnie do Prefekta. U tegoż zastałem pana kapitana od „obietnicy ochrony”. Przeprosił, że zapomniał i dał rozkaz jakiemuś kapralikowi, by wysłał dwóch ludzi na misję, oczywiście też nie przyszli.
Dzisiejsza niedziela minęła nadzwyczaj spokojnie. Ludzi mniej niż zazwyczaj, ale myślałem ze będzie gorzej. Są wierni, którym splądrowano domy. Do innych dojechała rodzina z umęczonego już Abidjanu. Ogłosiłem ze dzisiejsza taca będzie dla najbardziej potrzebujących. Trudne chwile budzą przeróżne odczucia.... Będzie czas aby o tym myśleć... Najważniejsza jest w tej chwili nadzieja i prosta ludzka pomoc.
Na jutro zorganizowałem całodzienne czuwanie przed najświętszym sakramentem - nasza czwórka misjonarska wymieniać się będzie co godzinę. Włączyliśmy w to czuwanie trzech chłopaków, którzy chcą wstąpić do Zgromadzenia. W czwartek czuwać będzie parafia.
Mamy kontakt z naszym ambasadorem. Jest w Nigerii – kawał świata od nas, ale komunikacja działa. On pytał czy jest juz konieczność ewakuacji. Trudna decyzja, złożony problem. Nie ma takiej konieczności na dzień dzisiejszy. Co przyniesie jutro – Bóg jeden wie. Siedzimy na beczce nienawiści etnicznej, podsycanej w tych dniach do ostateczności, wręcz nawoływanie do wojny. Soubre i okolica jest „ogniem przysypanym warstwa popiołu” jak określił to wczoraj Prefekt, i z najmniejszym podmuchem wiatru może zapłonąć. Jeżeli nowa władza będzie umiała w najbliższych dniach zapanować nad swymi sołdatami, i nie dojdzie do walk etnicznych będzie dobrze. Jeśli nie, to zapanuje anarchia. Gdy to nastąpi, wówczas będziemy prosić o pomoc – tak odpisałem ambasadorowi.
Wiem, ze po takim liście nawet nie muszę prosić o wasza modlitwę, nie, nie tylko za mnie – ale by Bóg nie dopuścił drugiej Rwandy, czy Jugosławii... Bóg zapłać.
Ufam, ze do czasu Zmartwychwstania, kraj ostygnie... i ze będzie zaczynał nowy czas – leczenia ran, zmartwychwstania. Nie składam jeszcze świątecznych życzeń... A jeżeli juz to życzę każdemu z was, każdej rodzinie, sąsiadom – ze wszelkich sil strzeżcie pokoju w waszych sercach, i wprowadzajcie pokój wśród was.
Ksiądz Zbigniew Łaś cmf
Modlitwy potrzeba DZIŚ.
Od dnia wyborów prezydenckich 28.11.2010 mój misyjny kraj wpadł w spiralę politycznych problemów. Jako jedyny kraj na świecie ma dwóch prezydentów! Mediacje przeróżnych organizacji nie dawały rezultatów. Ciągnęło się to 4 miesiące. Nie będę wchodził w zawikłane międzynarodowe układy, które może są kluczowym elementem tego konfliktu. W końcu szala przechyliła się i siły zbrojne popierające legalnie wybranego prezydenta zaczęły ofensywę....
Od poniedziałku 28 marca wiedzieliśmy, ze lada moment wojska republikańskie – bo tak się teraz kazały nazywać – wejdą do Soubre.
30 marca 2011r. godz. 14.00, przeżyliśmy wizytę „nowych wojsk”.
Kaplica wypełniona ludźmi – około 200 osób, uciekli z domów spodziewając się represji ze strony wchodzących wojsk – najczęściej ludzie z plemienia dyktatora, rodziny policjantów, żandarmerii. Kobiety z dziećmi, młodzież, niewielu mężczyzn. Przybywało ich z godziny na godzine. Mieszkam praktycznie w kaplicy. W pewnej chwili usłyszałem przeraźliwe, paniczne wrzaski. Zrozumiałem ze „weszli”. Wybiegłem do „gości”. Zobaczyłem po drugiej stronie kaplicy wysokiego szczupłego mężczyznę, z chustka flagi amerykańskiej na twarzy i karabinem maszynowym. Przedzierali się wśród spanikowanych matek i dzieci przeszukując kaplice. Jeden wpadł do zakrystii, tam do niego dotarłem. Uprosiłem żeby wyszedł z bronią z domu bożego. Zresztą i tak kierował się ku wyjściu. Jeszcze zanim opuściliśmy kaplice wywrzeszczał mi do ucha potrząsając kałachem: „chcemy wasze auto”...
Trudno powiedzieć ilu ich na misje wtargnęło, może 6 może 8 „ żołnierzy-wyzwolicieli”. Dziko się zachowywali, niektórzy z nich widocznie pod wpływem jakiś trunków, narkotyków, podekscytowani strzałami i jakby „uciechą” z ludzkiego strachu i paniki. Jeden, może dwóch było „normalnych”.
Pozbyliśmy się samochodu. W zasadzie nie było dyskusji. Argument kałasznikowa w ręku wystarczył...., choć próbowałem „uprosić”. Wyjazd za bramę misji zdobycznym misyjnym autem skwitowany został aplauzem dziesiątków dzieciaków i młodzieży z naszej dzielnicy, w większości muzułmańskiej. Wróciwszy do kaplicy włączyłem przenośny głośnik, uspokoiłem ludzi: możecie się nie obawiać. Widzieliście ze nie po was przyszli. Dostali co chcieli i poszli. Wyjdźcie odpocząć na świeże powietrze. Podziałało. Niemal poczułem oddech ulgi. Ktoś widział jak po wyjeździe „zdobywcy” oderwali tablice rejestracyjne.... Do wieczora, takich aut bez tablic jeździło po naszym miasteczku może z dwadzieścia. Nie minęło nawet pół godziny jak na misje wpadło znów kilku uzbrojonych. Ci tez szukali auta. Nasz ogrodnik poinformował z zimna krwią – że ich koledzy juz zabrali co było. Wynieśli się zanim zdarzyłem wyjść spod prysznica.
Pierwsza falanga przeszła przez miasteczko w ciągu może 6 godzin i pojechała dalej Część została w miasteczku, bo słychać było od czasu do czasu pojedyncze „pukniecia”. Po nich napływało normalne wojsko, ci którzy mieli organizować na nowo życie w mieście.
Próbowałem dodzwonić się do biskupa, ale udało mi się złapać jedynie sekretarza. Z biskupem rozmawiałem dopiero wieczorem i to trzykrotnie, informując go na gorąco o tym co się dzieje na misji.
W środę msza jest wieczorem. Po kilku wcześniejszych prośbach i kategorycznym nakazie w końcu udało mi się wyprosić z kaplicy na czas mszy świętej wszystkich nie katolików. Ostatecznie zadziałał argument, ze jeżeli zostaną na naszej ofierze, to spali im ona ich amulety i fetysze, które ich chronią. Ogółem było juz ponad 600 ludzi. Różaniec i msza. Jak co dzień. Udało nam się na chwilę zapomnieć o lęku. Mocno brzmiało „Ojcze nasz” wyśpiewane z uniesionymi połączonymi w bratnim uścisku rekami. Radosny i pełen nadziei był przekazywany „znak pokoju”.
W nocy ok. 22giej, następna grupa nawiedziła misje. Przyszli szukać do sióstr "broni" bo donieśli im muzułmańscy smarkacze, że ponoć w klasztorze schowana jest broń. Od sióstr przeszli do nas. Kościół i salki wokół misji przepełnione były ludźmi. Ja w pokoju, z ukrywającym się lekarzem, który myślał, że żołnierze przyszli właśnie po niego... Pierwszy natknął się na nich brat Jan, który gasił na noc światło. Próbował rozmawiać, że kościół, że misja, ludzie się chronią, że my nie biznesmeni, ale misjonarze... Odpowiedź jednego z nich brzmiała: "A ja cię mam w d... Jestem muzułmaninem i g... mnie obchodzi, że to kościół i misjonarze". Wyprowadzili na zewnątrz mężczyzn i chłopaków, ale zanim zdarzyliśmy się z bratem Jaśkiem ruszyć, kazali im wracać do środka, do pozostałych ludzi. Nie za wiele spałem i tej nocy.
Następnego dnia dowiedziałem się, że można próbować odzyskiwać auta. Udałem sie do Prefekta miasta, szefa miasta, przedstawiciela rządu - jak wojewoda. Udaliśmy się do komendy "nowego wojska" , by rozmówić się z kapitanem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo w Soubre.... Obiecano mi ochronę obu misji katolickich. Obrona nigdy się nie pojawiła.
W sobotę dowiedziałem się ze znów nawiedzono siostry – tym razem na sąsiedniej parafii. Przestraszona siostra z naszej misji zrozumiała, że lada moment ta sama grupa ma przyjechać do nich po auto. Przypadkiem udało mi się złapać jednego z moich animatorów katechezy, który przejeżdżał na motorku. Zawiózł mnie do Prefekta. U tegoż zastałem pana kapitana od „obietnicy ochrony”. Przeprosił, że zapomniał i dał rozkaz jakiemuś kapralikowi, by wysłał dwóch ludzi na misję, oczywiście też nie przyszli.
Dzisiejsza niedziela minęła nadzwyczaj spokojnie. Ludzi mniej niż zazwyczaj, ale myślałem ze będzie gorzej. Są wierni, którym splądrowano domy. Do innych dojechała rodzina z umęczonego już Abidjanu. Ogłosiłem ze dzisiejsza taca będzie dla najbardziej potrzebujących. Trudne chwile budzą przeróżne odczucia.... Będzie czas aby o tym myśleć... Najważniejsza jest w tej chwili nadzieja i prosta ludzka pomoc.
Na jutro zorganizowałem całodzienne czuwanie przed najświętszym sakramentem - nasza czwórka misjonarska wymieniać się będzie co godzinę. Włączyliśmy w to czuwanie trzech chłopaków, którzy chcą wstąpić do Zgromadzenia. W czwartek czuwać będzie parafia.
Mamy kontakt z naszym ambasadorem. Jest w Nigerii – kawał świata od nas, ale komunikacja działa. On pytał czy jest juz konieczność ewakuacji. Trudna decyzja, złożony problem. Nie ma takiej konieczności na dzień dzisiejszy. Co przyniesie jutro – Bóg jeden wie. Siedzimy na beczce nienawiści etnicznej, podsycanej w tych dniach do ostateczności, wręcz nawoływanie do wojny. Soubre i okolica jest „ogniem przysypanym warstwa popiołu” jak określił to wczoraj Prefekt, i z najmniejszym podmuchem wiatru może zapłonąć. Jeżeli nowa władza będzie umiała w najbliższych dniach zapanować nad swymi sołdatami, i nie dojdzie do walk etnicznych będzie dobrze. Jeśli nie, to zapanuje anarchia. Gdy to nastąpi, wówczas będziemy prosić o pomoc – tak odpisałem ambasadorowi.
Wiem, ze po takim liście nawet nie muszę prosić o wasza modlitwę, nie, nie tylko za mnie – ale by Bóg nie dopuścił drugiej Rwandy, czy Jugosławii... Bóg zapłać.
Ufam, ze do czasu Zmartwychwstania, kraj ostygnie... i ze będzie zaczynał nowy czas – leczenia ran, zmartwychwstania. Nie składam jeszcze świątecznych życzeń... A jeżeli juz to życzę każdemu z was, każdej rodzinie, sąsiadom – ze wszelkich sil strzeżcie pokoju w waszych sercach, i wprowadzajcie pokój wśród was.
Ksiądz Zbigniew Łaś cmf
Modlitwy potrzeba DZIŚ.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





